MECENAT:
PATRONI MEDIALNI
Nie masz zainstalowanego flasha. Pobierz go ze strony Adobe
WSPIERAMY
|
Memoriał Oppenheima 2003
Kiedy dłużące się i nieprzyjemne podejście do schroniska w dolinie
Chochołowskiej się skończyło było sporo po dwudziestej. Zmrożone połacie
śniegu zalegające okolicę wolno pokrywał sypiący z nieba puch. Nareszcie
dotarłem do schroniskowej sieni na piętrze, gdzie odprawa już trwała.
Kilkunastu pasjonatów skialpinizmu wysłuchiwało opowieści pod tytułem: V
edycja Pucharu Polski w narciarstwie wysokogórskim im. Józefa Oppenheima.
Kolacja składająca się z makaronu na vegecie i przecieru pomidorowego oraz
isostaru z cytryną wolno, ale skutecznie napełniła mój żołądek dodając wiary,
że moc mnie jutro nie opuści. Około 23 udało mi się zasnąć w pełnym
schroniskowym pokoju.
Obudziłem się po szóstej. Śniadanie - dwie pomarańcze i isostar, kibel,
isostar, kibel, isostar, pakowanie, kibel, ubieranie, kibel, isostar,
rozgrzewka...
Start był lekko opóźniony, gdyż tradycyjnie część zawodników z Zakopanego,
dowożona samochodami, spóźniła się.
W końcu ruszyliśmy. Pierwsze 500m byłem tradycyjnie gdzieś na 6-7 miejscu
(dlaczego oni tak pędzą). W stawce czołowych zawodników Pucharu Polski
zabrakło Grzegorza Bargiela z Zakopanego i Adama Gomoli z Rybnika. Oni
wypoczywali. A ja? Cały czas starałem się utrzymać tempo Kuby Brzoski, by nie
stracić go z pola widzenia. Nad granicą lasu przywitały nas silny wiatr i
mgła. Kuba zaczął mi odchodzić, a tyłu słyszałem sapania kolejnych rywali.
Jeżeli oni są naprawdę mocni to zaraz mnie dojdą- pomyślałem. Szarpać się czy
trzymać swoje tempo? Oto jest pytanie. Zdecydowałem się trzymać własne tempo.
Na Rakoniu mieliśmy zdjąć fok. Zgłupiałem. Zamiast zdjąć foki, zdjąłem narty.
Straciłem w ten sposób cenne sekundy do rozpoczynającego zjazd Kuby. Mój zjazd
dziewiczym stokiem, pomiędzy kosówkami urozmaicały częste upadki. Padający
śnieg kłuł w oczy. Nareszcie dojrzałem sędziów i dojeżdżającego do nich
Kubusia. Szybko założyłem foki i rozpocząłem pościg. Z tyłu dojechał mnie
Marcin Nędza Chotarski. Mój dystans do lidera na szczęście topniał w oczach.
Poczułem, że tego dnia był do ogrania, tylko nie mogłem się pogubić.
Drugi zjazd z Rakonia poszedł po mojemu. Dojechałem do Kuby i go nie puściłem.
Efektowny zjazd dopingowali zaskoczeni naszą obecnością turyści wędrujący do
schroniska. Zatrzymaliśmy się obok czerwonych chorągiewek podejściowych i
zaczęliśmy zakładać foki. Nadjeżdżający Jacek Bilski poinformował nas, że to
błąd organizatorów w wytyczeniu trasy i należy jechać dalej, bo to nie jest
wylot doliny Starorobociańskiej. Sytuację wykorzystał Marcin, który objął
prowadzenie. Już na właściwym podbiegu wyprzedziłem najpierw Kubę, który
zgubił fokę, a później Marcina, który osłabł. Na nawrocie i zmianie fok
wywróciłem się, co ponownie wykorzystał Marcin. Znów byłem drugi. Do mety
pozostał już tylko 3 kilometrowy odcinek drogi. Marcin pociągnął łyżwą i
szybko straciłem go z oczu. Kuba poszedł w jego ślady. Byłem trzeci.
Taktycznie postanowiłem założyć foki. Uznałem, że bieg łyżwą po nierównej,
pofałdowanej, pełnej turystów drodze pod górę będzie wolniejszy. Rozpocząłem
długi finisz. Tymczasem zmęczeni krokiem łyżwowym chłopcy zdjęli narty i
zaczęli biec. Teraz byłem pewny, że są słabi i mam szansę dojść przynajmniej
jednego z nich. Wkrótce pozycję lidera objął Kuba, ja byłem drugi. Około 500m
przed metą trasa uciekała w prawo, po śladzie w kopnym śniegu. Idąc wzdłuż
czerwonych chorągiewek kątem oka zobaczyłem Kubę biegnącego drogą a tuż za nim
Marcina. Kiedy nasze trasy znów się połączyły miałem około 5m przewagi nad
Kubą. Do mety pozostało 200m. Wierzyłem, że wygram. Ostatkiem sił odpychałem
się kijami i gnałem do mety. Dziękuję Ci Boże. Wygrałem.
Jacek Czech
|
|